| You are here: |

Obcięcie dotacji dla partii to ruch pozorny
Polska The Times, 2009 IV 07
Na zmianie sposobu finansowania ugrupowań politycznych najwięcej traci PiS - pisze w "Polsce" Sergiusz Trzeciak, prezes fundacji Politikos.
Spór w Sejmie o sposób finansowania polskich partii miał temperaturę niemal równie wysoką co dyskusja o konsekwencjach szczytu NATO. Głosami PO, Lewicy i PSL ostatecznie przeszła ustawa o czasowym ograniczeniu finansowania ugrupowań z budżetu do roku 2010. To na pewno drażliwy temat - przecież tylko w ubiegłym roku z państwowych pieniędzy poszło na ten cel ponad 100 mln zł. Dodatkowo partie dostały także dotacje w postaci zwrotu wydatków na kampanię wyborczą za każdego wprowadzonego do parlamentu posła lub senatora - w 2007 r. kosztowało to podatników 74 mln zł.
Na nowych ograniczeniach finansowania najwięcej stracą ugrupowania najsilniejsze. Dotacja dla PO zmniejszy się o 44 proc., a dla PiS o 41 proc. Mniej stracą mniejsi. Partie dawnego LiD zaledwie 11 proc., a PSL - 7 proc. Oszczędności dla budżetu państwa z tego tytułu mają wynieść około 34 mln zł w ciągu roku.
Chociaż PO straci najwięcej, to relatywnie na tym rozwiązaniu zyskuje - i to nie tylko z powodu korzyści wizerunkowych. Po pierwsze jest w dużo lepszej pozycji od PiS, gdyż posiada istotne rezerwy finansowe. Po drugie, zakaz finansowania z subwencji kampanii medialnej i billboardowej, jaki przynosi nowa ustawa, w praktyce zmusza najgroźniejszego konkurenta Platformy do zmiany dotychczasowej strategii marketingowej.
Tymczasem PO mając po swojej stronie sprzyjające lub przynajmniej neutralne media, może z powodzeniem bazować na działaniach PR-owskich bardziej niż na kosztownej reklamie medialnej. Po trzecie PO ma większe szanse pozyskiwania środków z pozabudżetowych źródeł finansowania. Na "oszczędnościach" zyskują również mniejsze partie. Brak szerokiej kampanii medialnej, który do tej pory skazywał je na pozostawanie w cieniu, zwiększa ich szanse na politycznym ringu. Wielkim przegranym tej batalii jest zatem PiS. Nie tylko straci finansowo, ale ucierpi wizerunkowo.
Czy jednak ustawa oznacza realną zmianę systemu? Sytuacja, w której partie w niemal 100 proc. żyją z subwencji państwowych, nie jest zdrowa. Ugrupowania nie mają motywacji do pozyskiwania nowych członków i sympatyków, którzy mogliby małymi datkami zasilać ich konta. Niestety, ustawa ograniczająca finansowanie obecnej sytuacji nie zmieni, a partie zamiast dywersyfikować, zaczną oszczędzać. Nowa ustawa nie przełoży się także na zwiększenie jawności i przejrzystości.
Obecnie partie są zobowiązane do składania sprawozdań finansowych, ale państwo nie dysponuje odpowiednimi narzędziami służącymi ich realnej weryfikacji. Mimo uchwalenia nowego prawa nic się tu nie zmieni. To błąd.
Warto natomiast zadbać o to, żeby środki budżetowe były przeznaczane na profesjonalizację struktur politycznych. Komunikację z wyborcami powinny zapewnić rozbudowane biura prasowe. Obok zaplecza organizacyjnego dla partii niezbędne jest zaplecze intelektualne, przede wszystkim think tanki, które mogłyby dostarczać ekspertyzy. Po to właśnie stworzono fundusz ekspercki, na który trafiać miało od 5 do 15 proc. subwencji. Środki te powinny być wykorzystane na finansowanie ekspertyz oraz działalności wydawniczo-edukacyjnej.
W praktyce jednak regulacje te obchodzono i większość pieniędzy przeznaczano na kampanie lub w najlepszym przypadku na sondaże. Obecnie jedyną nadzieją jest to, że partie nie mogąc już legalnie wydatkować środków budżetowych na reklamę medialną, przeznaczą je na rozbudowę struktur organizacyjnych i współpracę z ośrodkami analitycznymi. Jeśli to nastąpi, będzie to jednak korzystny efekt uboczny, a nie celowe działanie.
Ustawa ograniczająca finansowanie partii to jedynie doraźny zabieg. Prawdziwym problemem nie jest bowiem wysokość dotacji, lecz sposób ich wydawania. Najpierw powinniśmy zadać pytanie: czy chcemy, żeby partie były instytucjami publicznymi czy też prywatnymi? W pierwszym przypadku finansowanie przez podatnika może być uzasadnione pod warunkiem nadzoru ze strony instytucji państwowych, w drugim zaś partie same powinny płacić za siebie. Tak postawione pytanie z punktu widzenia liderów partyjnych jest niewygodne. Oni wolą, żeby ich prywatne folwarki były finansowane przez podatników.
See also








