O reputacji polityków – dr Sergiusz Trzeciak

O reputacji polityków

O mnie w mediach

Redakcja PRoto: O kim z polskiej sceny politycznej powiedziałby Pan, że świadomie i konsekwentnie pracuje nad swoim wizerunkiem, ma aspiracje do określenia go „mężem stanu”?

Sergiusz Trzeciak: Polityków, którzy pracują nad wizerunkiem, jest znacznie więcej niż mężów stanu. Zresztą pojęcie „męża stanu” jest bardzo subiektywne, więc wolę skoncentrować się na pierwszej części pytania.

Podręcznikowymi wręcz przykładami polityków, którzy przez kilka lat świadomie i konsekwentnie pracowali nad wizerunkiem są: Andrzej Lepper, Aleksander Kwaśniewski czy Kazimierz Marcinkiewicz. Pomimo politycznych i merytorycznych różnic paradoksalnie łączy tych Panów fakt, że niektórymi swoimi działaniami to, co najpierw z trudem zbudowali, zaczęli niszczyć. Myślę, że te przykłady powinny być lekcją dla pozostałych polityków – trzeba być konsekwentnym do końca, bo nawet jeśli ktoś latami pracuje nad swoim wizerunkiem może go łatwo zniszczyć jedną aferą, jednym nieprzemyślanym działaniem.

Nad wizerunkiem męża stanu pracuje premier Donald Tusk i minister Radek Sikorski. Dobrym przykładem jest również tandem Bielan i Kamiński, którzy stworzyli wizerunek spin doktorów PiS-u. Z samorządu przykładem budowania wizerunku sprawnego menedżera i dobrego gospodarza jest prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz – pytanie tylko, czy ten polityk będzie miał pomysł, jak z tego wizerunku zbudować wizerunek męża stanu.

Red: Przynajmniej od kilku lat obserwuje Pan polską scenę polityczną, czy zauważył Pan jakieś zmiany w zachowaniu polityków, co najbardziej różni ich od polityków Europy Zachodniej?

ST: Przez kilka lat mieszkałem w Wielkiej Brytanii, również tam uczestniczyłem w kilku kampaniach wyborczych i widzę wiele różnic, ale gdybym miał wymienić jedną zasadniczą różnicę pomiędzy polskimi i zachodnimi politykami, byłaby to krótkowzroczność. Politycy polscy to na ogół krótkodystansowcy, którzy nie budują świadomej i długofalowej kariery politycznej. Nie koncentrują się na „pracy u podstaw” poprzez budowę zaplecza na najniższym poziomie i stopniowe pokonywanie kolejnych szczebli kariery, szukają raczej drogi na skróty.

Siłą młodych polityków jest ich silny polityczny patron. W tym sensie w naszych partiach panuje system feudalny – żeby zrobić karierę trzeba mieć seniora, który otacza opieką swoich wiernych wasali. W rezultacie nie opłaca się koncentrować na budowie struktur, liczy się raczej umiejętność dosiadania do stolika, przy którym rozdawane są karty do gry.

Red: Jak Pan ocenia poziom komunikowania się polskich polityków ze społeczeństwem? W jakim stopniu wpływa on na reputację tej grupy?

ST: Zaryzykuje twierdzenie, że większość polityków myli propagandę z komunikacją. Oni chcą się pokazywać w mediach i powtarzać przekazy jak mantrę licząc, że z siłą młota pneumatycznego wbiją je do głowy elektoratowi. Jeszcze gorzej jest z komunikacją zwrotną, większość polityków nie jest w ogóle zainteresowana dialogiem z wyborcami. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego politycy nie pracują nad komunikacją z wyborcami w trakcie kadencji, a przypominają sobie o tym na dwa miesiące przed wyborami?

Red: Jak Pan ocenia kontekst, w jakim politycy używają obecnie w mediach określenia „PR”? Co ono oznacza w ich ustach?

ST: Myślę, że politycy często nie rozumieją tego słowa i mylą PR z publicity. Dla nich PR to rozgłos, działania pod publiczkę. Nie rozumieją oni w ogóle prawdziwej istoty PR i tym bardziej potrzeby komunikacji z elektoratem.

Red: W mediach pojawiły się informacje o zamknięciu tzw. szkoły premiera Marcinkiewicza, która miała kształcić liderów politycznych. Czy polscy politycy wstydzą się przyznawać do dokształcania się, a może mówienie o tym im się po prostu politycznie „nie opłaca”?

ST: Prowadząc szkolenia z zakresu marketingu politycznego przekonałem się, jak często liderzy partyjni boją się brać udział w warsztatach na równi z pozostałymi uczestnikami. Po prostu obawiają się tego, że mogą „wypaść” gorzej niż ich mniej doświadczeni koledzy lub koleżanki. Wielu polityków nie rozumie, że tak jak wszyscy w dzisiejszym świecie i oni muszą się cały czas doskonalić, że edukacja nie kończy się na szkole czy uniwersytecie, ale jest to proces ustawiczny. Gdyby w polskiej polityce panował wolny rynek to odporni na zdobycie wiedzy czy umiejętności politycy by przegrali. Moim zdaniem politycy powinni bardziej wstydzić się tego, że się nie dokształcają niż tego, że uczestniczą w szkoleniach czy korzystają z pomocy doradców.

Rozmawiała Paulina Szwed-Piestrzeniewicz

newsletter


Zapisz się do newslettera,
i odbierz wybrane fragmenty moich książek.